Notes Literacki
Czerwiec 2018
Remigiusz Mróz (urodzony w 1987 w Opolu) jest pisarzem, który w rekordowym czasie zyskał setki tysięcy polskich czytelników (przeciwników też). Również w rekordowym czasie wydał 25 tytułów (mając zaledwie 31 lat*). Ciekawostką jest fakt, że Remigiusz Mróz napisał trzy powieści (z akcją umieszczoną na Wyspach Owczych) pod skandynawskim pseudonimem Ove Løgmansbø, co było udanym zabiegiem marketingowym. Remigiusz Mróz Jest również doktorem prawa. Autor posiada ciekawą swoją stronę internetową.
*) Niewielu jest pisarzy publikujących bez pomocy tzw. ghostwriterów po dwa-trzy tytuły rocznie. Czy Remigiusz Mróz, publikujący po kilkanaście tytułów rocznie, też do nich należy? Na stronie smakksiazki.pl znaleść można (chyba) początek dyskusji zainicjowanej przez Jakuba Ćwieka.
Państwo prawa to mit. Państwo prawników to fakt.
Wydana na początku 2018 r. przez wydawnictwo Czwarta Strona powieść kryminalna Remigiusza Mroza Testament jest siódmym tomem cyklu noszącego tytuł Joanna Chyłka. Można ją czytać niezależnie od tego, czy znamy pogmatwane losy mecenas Chyłki opisane we wcześniejszych tomach cyklu. Chwilami czyta się ją ze skrajnie zmiennymi odczuciami. Powieść pełna jest gęstego i mieszanego suspensu, czym niewątpliwie przyciąga (i czasami rozprasza) uwagę czytelnika.
Akcję powieści Remigiusz Mróz osadził w dzisiejszej Warszawie i jej dzisiejszych problemach związanych z reprywatyzacją, nie tylko mieszkaniową. Problem reprywatyzacji mieszkaniowej znany jest wszystkim chociażby z telewizyjnych transmisji obrad sejmowej Komisji weryfikacyjnej do spraw reprywatyzacji. Ale ciekawie przedstawiona w powieści reprywatyzacja jest tylko dalekim tłem dla dynamicznego, zaskakującego ciągu wydarzeń. Tłem barwnym, żywym, ale i boleśnie zagmatwanym, po którym Remigiusz Mróz wodzi za nos i bohaterów, i czytelnika, by na koniec postawić w stan pewnego osłupienia. Nie mniej barwne, często bardziej niż zaskakujące, są dialogi bohaterów powieści, którymi powieść Mroza jest gęsto utkana. Dialogi w dużej mierze wysłane są wieloma ciekawostkami, niekoniecznie związanymi z treścią fabuły. Dla jednych tego typu dialogi są powodem do zachwytu nad prozą Mroza, dla innych – źródłem irytacji i niesmaku.
Znany i niezwykle gburowaty warszawski ginekolog Rafał Kranz niespodziewanie otrzymuje ogromny spadek od jednej ze swoich młodych pacjentek. Mimo, że przyjął ją w swoim gabinecie tylko raz, otrzymał cały jej majątek. Rodzina pacjentki została całkowicie pominięta w testamencie. W skład masy spadkowej wchodzi zaniedbana nieruchomość, która lata temu po reprywatyzacji stała się własnością kobiety. Kiedy lekarz jedzie obejrzeć spadek, z zaskoczeniem odnajduje zwłoki swojej pacjentki: wraz z testamentem dostaje też trupa. Sytuacja staje się jeszcze bardziej zaskakująca, gdy okazuje się, że kobieta zmarła pod wpływem medykamentu przepisanego przez lekarza. A i sam majątek lekarz otrzymał w nie mniej niejasnych okolicznościach. Nie dość, że kobieta była jednorazową pacjentką Kranza, jej testament został wydrukowany na drukarce znajdującej się w gabinecie lekarza. Sytuacja lekarza wydaje się beznadziejna, a dla jego obrońcy, gorzej niż kłopotliwa. Tym bardziej kłopotliwa, iż w miarę rozwoju akcji, okazuje się, że od tego samego specyfiku umierają kolejne dwie osoby.
Bohaterka powieści, Joanna Chyłka, jest przebojową, skuteczną i nieobliczalną prawniczką renomowanej kancelarii prawniczej Żelazny & McVay. Gdyby chcieć najkrócej scharakteryzować panią mecenas, można by powiedzieć, że jest to krzyżówka osy (szerszenia?) z komarem: potrafi niespodziewanie pojawić się, uporczywie wpijać się w klienta, wyssać z niego informacje albo boleśnie i bez powodu go użądlić. Jest nachalnie bezczelna, ma poczucie wyższości nad innymi. Potrafi być i kapryśna, i nieznośnie gadatliwa nie na temat. Ale też jest niezwykle elokwentna, oczytana, z głęboką znajomością realiów nie tylko prawniczych. Ma też swój pogląd na każdą sprawę.
Chyłka boleśnie przeżyła (i ciągle przeżywa utratę) ciąży prowadzonej przez doktora Rafała Kranza. Niezbyt dobrze radzi sobie nie tylko ze skłonnością do alkoholu. Z zachowaniem zawodowego profesjonalizmu też. Jest z wielką fanką zespołu Iron Maiden oraz amerykańskiego wokalisty Alice Cooper'a (a zwłaszcza utworu "Poison").
Rafał Kranz przebiegle wybiera Joannę Chyłkę jako swoją obrończynię przed sądem. Mecenas jest przekonana o niewinności swego grubiańskiego lekarza. Mimo początkowej niechęci, mimo tego, że sytuacja Kranza przedstawia się bardziej niż beznadziejnie Chyłka podejmuje się obrony. W typowy dla siebie sposób:
– A to ciekawe, bo wygląda mi pan na buca.
[…]
– Ma pani zamiar mi pomóc czy mnie obrażać?
– Jedno i drugie w moim wypadku są ze sobą powiązane. Jest pan w stanie to przełknąć?
– Tylko jeśli wybroni mnie pani od tego absurdalnego zarzutu.
Mecenas godzi się na obronę Kranza, nie tylko z powodu wiary w jego niewinność. Krantz ma jeszcze jeden atut w rękawie. Dzięki swoim znajomościom, Krantz umożliwi Chyłce przeprowadzenie całej serii prawnych zabiegów chroniących jej więcej niż przyjaciela Oryńskiego przed sądowym procesem.
Kordian Oryński, więcej niż przyjaciel i były asystent Chyłki, oczekuje procesu skazującego go na wieloletnie więzienie. Wyrok przekreśli jego marzenia o zawodzie adwokata.
Pierwszym ze wspomnianych zabiegów było doprowadzenie do zmiany aktu oskarżenia. Na pierwszy rzut oka paradoksalnej zmiany: z eutanazji na zabójstwo swojej matki przez Oryńskiego. Ostatnim, manipulacja składem sędziowskim. Manipulacja możliwa dzięki ginekologowi i regułom prawa. Na tej karkołomnej drodze mecenas Chyłka musi dokonać wielu zabiegów, nie zawsze czystych, ale skutecznych. Jej więcej niż asystent wychodzi na wolność z czystą kartoteką i z nadzieją na ponowne podjęcie pracy w charakterze aplikanta w kancelarii Żelazny & McVay.
Rozpoczyna się walka o obronę Krantza. Ale nie mniej ważną jest też obrona jego spadku. Jak Chyłka wyjawia w rozmowie z Oryńskim, wyniku tej walki jest więcej niż pewna:
– Mamy pewną rozgrywkę do wygrania. Testament do obronienia, zarzut zabójstwa do obalenia.
– I jest na to jakaś szansa?
– To pytanie retoryczne, jeśli wziąć pod uwagę, że to ja prowadzę tę sprawę.
Chyłka nie tylko potrafi bezbłędnie rozszyfrować każdy ruch prokuratury, ale też niemal wszystko wie o wszystkim. Prowadzi swoje skuteczne śledztwo w sprawie zabójstwa pacjentki Kranza, ale też w sprawie dwóch pozostałych zabójstw. Wydaje się, że jest o krok przed każdym z graczy. Pomaga jej w tym jej więcej niż były asystent Oryński.
Nie dość, że sprawa zgonów wydaje się całkowicie pogrążać lekarza, to przedmiot przez niego odziedziczony ma wyjątkowo zagmatwaną historię. To zagmatwanie wynika nie tylko z faktu, iż udokumentowana nieruchomość sięga samych początków XX wieku, i że do wybuchu II Wojny Światowej przeszła skomplikowaną drogę własnościową (jako własność różnych spółek). Sytuacja została zapętlona przez decyzje nowej powojennej tzw. władzy ludowej:
[…] W czterdziestym szóstym znacjonalizowano majątek tych podmiotów {spółek], ale nie je same. Dzięki temu nie przestały istnieć, nie przeszły nawet na własność Skarbu Państwa. […]
I to stworzyło potem warunki bandzie sukinsynów, którzy chcieli wykorzystać sytuację. […], że w przypadku spółki akcyjnej wystarczyło objęcie jednej akcji
aby ją reanimować, wybudzić i stać się jej właścicielem. A tym samym stać się właścicielem majątku wybudzonej spółki i dochodzić jego zwrotu lub często wielomilionowego odszkodowania.
Ale w tle przebiegle za sznurki pociąga lekarz Kranz. I ostatecznie okazuje się, że rzeczywistym graczem nie jest ani mecenas Chyłka ani jej przyjaciel, lecz doktor Kranz. Rzeczywistym i nad wyraz cwanym, wyrachowanym graczem. Chyłka posługując się Oryńskim, zaangażowanym, ale nie do końca zdającym sobie sprawę z przebiegu gry, doprowadza do uniewinnienia Kranza. A ten, posługując się mecenas Chyłką nie tylko zostaje oczyszczony z zarzutu morderstwa, ale też odzyskuje rodzinny majątek. Majątek sprzedany przez rodzinę Krantza w pierwszych dniach II Wojny Światowej.
Za sprytne i inteligentne przedstawienie spraw związanych z receptą wystawiąnoą przez Kranza, drukiem testamentu, jak też za krótką lekcję ponad stuletnich stosunków własnościowych na terenie Warszawy, autorowi należą się słowa uznania.
Nieco mniejsze za następujące wtręty (a jest ich całkiem sporo) w rodzaju:
Kiedy kelner się oddalił, Paulina nawet nie odprowadziła go wzrokiem. Skupiała się wyłącznie na rozmówcy. (Do obowiązków klienta restauracji należy patrzenie za kelnerem realizującym zamówienie)
Oświetlenie nie było tutaj najlepsze, stara żarówka na niewiele się już zdawała. (Ciekawe spostrzeżenie)
W pokoju słychać było jedynie cichy syk tlących się tytoniu i bibułki. malbpro. (Co za słuch autora! A może pomylił z nieistniejącymi markami papierosów, jak sporty, popularne, radomskie?)
Inne zaskakujące przykłady (z wypowiedzi mecenas Chyłki) narracji:
Przejście z jednorurowej części ciała do nanorurek:
– Jesteśmy w dupie ciemnej jak vantablack.
Czemu służą pasy bezpieczeństwa w samochodzie?
[…] od kiedy je wprowadzono, znacznie zwiększyła się liczba pieszych i rowerzystów zabitych na ulicach.
Lub: co to jest ABS?
Anti-baby system.
Ponadto, mecenas Chyłkę dręczą nie tylko codzienne prywatne i zawodowe sprawy, lecz też te bardziej odległe, a nawet globalne. Na przykład korek na chińskiej sto dziesiątce (nie szkodzi, że nie było tam mecenas Chyłki):
– Posuwali się naprzód o kilometr dziennie – powiedziała. – Śni mi się to czasem po nocach.
Mecenas Chyłka (autor także) lubi używać wielu niekoniecznych terminów, ma swoje, chyłkowe (a może mrozowe?) wyrażenia. Czytając powieść Remigiusza Mroza wiele razy trzeba, nie wiadomo w jakom celu, poguglać, bo w paierowych encyklopediach i słownikach nie znajdziemy potrzebnych wyjaśnień. Dotyczy to, na przykład, słowa mającego dla Chyłki (autora?) szczególne znaczenie. Jest nim słowo mamihlapinatapai:
To jedno jagańskie słowo wyrażało wszystko to, do czego sprowadzały się ich [Chyłki i Oryńskiego] relacje. […]
Do kurwy nędzy, nie na takie mamihlapinatapai liczyła tego dnia
Jeśli nie mylę się, to dziwne i nader użyteczne słowo pojawiło się po raz pierwszy w piątym tomie przygód Joanny Chyłki noszącym tytuł Inwigilacja.
Wedle Księgi Rekordów Guinnessa mamihlapinatapai jest najbardziej zwięzłym słowem świata. Natomiast wedle serwisu Pinterest, słowo to jest jednym z piętnastu słów całkowicie nieprzetłumaczalnych na język angielski. Ale co ono oznacza?
Mamihlapinatapas przedstawia skomplikowaną sytuację, w której dwie osoby patrzą sobie głęboko w oczy, każda z nich chciałaby coś powiedzieć lub zainicjować, lecz żadna tego nie zrobi. Słowo pochodzi z języka jagańskiego, używanego przez Indian zamieszkujących Ziemię Ognistą w Chile. Ale, jak podaje Wikipedia, w 2013 językiem tym mówiła już tylko jedna osoba. No, ale Wikipedyśći chyba nie wzięli pod uwagę dwójki bohaterów Remigiusza Mroza i autora. Razem mamy – dwie paary … jakby Jaganów.
Gdyby z powieści wyciąć ok 70% tego typu dialogów, wstawek, popisów nie na temat, powieść zyskałaby na zwartości i ostrości, co korzystnie odbiłoby się nie tylko na wzroku czytelnika.